Strażnicy mitu. Źródła podległości.

By | 5 lipca 2026

Zapraszamy do lektury artykułu Prezesa BM RP.

Likwidacja wojskowych służb specjalnych, sposób i okoliczności jej przeprowadzenia, stały się dla mnie tłem do szerszej refleksji. Warto wrócić do wydarzeń sprzed kilku dekad i odpowiedzieć sobie na pytanie: skąd wzięły się nowe elity polityczno-gospodarcze na przełomie lat 80/90? Czy „nową Polskę konfigurowali” agenci i osoby uwikłane w gry obcych interesów? Czy „proces podległości” i działania w obcym interesie, trwają nadal?


Wojskowe Służby Informacyjne powołano w 1991 roku. Oficerowie zostali poddani weryfikacji, bez udziału polityków. Decyzje taką podjął generał Tadeusz Rusak. Wyeliminowani z dalszej służby zostali żołnierze o mocnych powiązaniach z b. ZSRR. Działania WSI były oceniane przez sojuszników w NATO za niezwykle profesjonalne, chwalono służbę za jej hermetyczność. Najgroźniejszym przeciwnikiem dla legalnie działającej od 1991 roku służby byli jednak politycy własnego państwa, realizujący świadomie bądź bezwiednie, agendy obcych stolic i służb. Politycy nie uznali faktu weryfikacji bez ich udziału. Państwo nie zdało egzaminu i nie zadbało, aby wypracować i wprowadzić jakąkolwiek formę parlamentarnego nadzoru nad pracami likwidatorów. Nie stworzono żadnego mechanizmu prawno-faktycznego, pozwalającego na ścisłe respektowanie wymogów określonych w ustawie o ochronie informacji niejawnych. Dziś już wiadomo, że w pierwszych dniach większość z utajnionych likwidatorów pracowała na dokumentach niejawnych, bez jakichkolwiek poświadczeń bezpieczeństwa. Takich poświadczeń nie wydała ABW. Cyklicznie wydawał je szef nowo utworzonej SKW. W jednym z postępowań Sąd Administracyjny uznał, że decyzje SKW nie posiadają mocy prawnej z tego względu, iż sprawę powinna badać ABW. Na jakiej więc podstawie „tajni likwidatorzy” mieli dostęp do dokumentów niejawnych WSI?Co robili z tą wiedzą i komu ja przekazywali?

W procesie likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, ogniskuje się cała patologa tzw. klasy politycznej. Brutalna zdrada Ojczyzny, działanie na rzecz obcych stolic i służb, przeplata się z głupotą, partyjniactwem, chęcią przejęcia kontroli nad wojskową służbą specjalną, ale przede wszystkim jej materiałami operacyjnymi. Zacznijmy jednak od początku. Wstępem do likwidacji WSI, podobnie jak w przypadku propagandowego zohydzenia cywilnych służb specjalnych PRL, przed tzw. ustawami dezubekiacyjnymi, była intensywna nagonka medialna. Ta manipulacja miała na celu ukazanie żołnierzy WSI jako przestępców, zdrajców i renegatów. Działania pisu, które nosiły znamiona zdrady polskiej racji stanu, były akceptowane i wsparte przez „siostrę bliźniaczkę” – Platformę Obywatelską. Ustawa sejmowa nakazywała ujawnić wszystkie przestępstwa i nieprawidłowości. Dopuszczała także możliwość ujawnienia danych personalnych oraz stanowisk służbowych oficerów operacyjnych, którzy dopuścili się przestępstw. Antoni M, zdradził agenturę wykorzystywaną przez WSI i dane osobowe oficerów operacyjnych prowadzących agentów w kraju i za granicą. „Polski Parlament” otworzył drogę do dekonspiracji i rozprawienia się z żołnierzami i agenturą, legalnie działających polskich służb specjalnych.


Nie mniej porażające, od tej tragicznej w wymiarze ludzkim i państwowym  opowieści, jest to co działo się w tzw. komisjach.  Na szefa komisji likwidacyjnej powołany został Sławomir Censkiewicz, a na szefa komisji weryfikacyjnej wspomniany wcześniej Antoni M. Komisja Likwidacyjna miała za zadanie ustalić aktywa i pasywa likwidowanej służby, oraz przygotować materiał dla komisji weryfikacyjnej, która z kolei przesłuchiwała żołnierzy WSI pod kątem powiązań ze służbami rosyjskimi i dokonywanymi przez tę służbę przestępstwami. Wśród członków komisji weryfikacyjnej znalazła się personalnie zidentyfikowana przez ABW osoba działająca na rzecz rosyjskich służb specjalnych. W końcowym efekcie okazało się jednak, że to nie WSI była siedliskiem rosyjskich agentów, przestępców i wrogów Polski, ale komisja powołana do rozpoznania tej sprawy. W trakcie rozmowy z Konradem Piaseckim w TVN 24 Sławomir Cenckiewicz, marginalizując rolę aresztowanego szpiega-członka swojej komisji stwierdził m. in. cyt.” że miał z Tomaszem L. kłopoty od samego początku współpracy. Nie chciał on bowiem pracować w terenie, lecz domagał się dostępu do spraw prowadzonych przez centralę w WSI”. Czujecie się po tym oświadczeniu uspokojeni? Kardynalnym błędem parlamentarzystów, w tym przede wszystkim „wynikającym w mojej ocenie z niewiedzy i braku racjonalnego myślenia, była zgoda na personalne utajnienie osób włączonych do składu komisji weryfikacyjnej, oraz braku nadzoru nad samym procesem likwidacji przez oficerów ABW. Tzw. parlament nie przewidział nawet potrzeby wcześniejszego prześwietlenia kandydatów do funkcji członków komisji. Za ich powołanie odpowiedzialny był wyłącznie Antoni M. Dzięki danym przekazanym przez tegoż osobnika, ustalenie, rozpoznanie, aresztowanie czy przewerbowanie zagranicznych kontaktów personalnie ujawnionych oficerów operacyjnych polskich służb specjalnych, było realne.  W niewyjaśnionych okolicznościach zaginęło kilkanaście teczek operacyjnych oraz pojedyncze dokumenty.  W dniu 4.10.2007 roku, do bazy ewidencji operacyjnej, wniesiono komputer z dwoma niezaewidencjonowanymi twardymi dyskami oraz kilkanaście płyt kompaktowych. Przez co najmniej 2 dni skopiowano tajne dane z bazy ewidencji operacyjnej. W trakcie toczącego się w tej sprawie postępowania prokurator nie zdołał jednak ustalić co dokładnie skopiowano. Praktycznie mogło dojść do sklonowania całej bazy danych operacyjnych Wojskowej Służby Informacyjnej. Nie wyjaśniono kto przejął skopiowane dane. Ze zgromadzonych w śledztwie dokumentów wynika, że polecenia dotyczące kopiowania i przetwarzania niejawnych danych miał wydać m.in. Antoni M. Nomen omen, po dojściu do władzy przez PO, nie wykazali zainteresowania wyjaśnieniem   tej sprawy. Prokuratura umorzyła śledztwo z kuriozalnym uzasadnieniem “że nie można mówić o ujawnieniu skopiowanych danych, bo przecież nigdzie one się nie pojawiły”. Rozumiem, że obcy wywiad, który przejąłby te dane, ogłosiłby światu, że je posiada.


Każda próba podważenia kwestii niepodległości Polski w kontekście decyzji podejmowanych przez rządzące „klany partyjne”, a także wpływu obcych stolic i służb na ich podejmowanie, spotyka się z totalnym atakiem mediów tzw. głównego nurtu. Politycy antysystemowi, którzy odważają się głosić hasła o konieczności odzyskania niepodległości, są dyskredytowani i obrzucani błotem. Jak to często bywa, złodzieje rwąc szaty wykrzykują „aby łapać złodzieja”.  Telewizja, ogólnopolskie gazety, duże portale informacyjne i stacje radiowe od kilku dekad zakłamują prawdę, projektując przekaz mający niewiele wspólnego z faktami.  Wszelkiej maści szalbiercy i medialni szarlatani, kształtują opinię publiczną po to by dać swoim mocodawcom… władzę. Bo nie o idee, nie o dobro wspólne, ale o władzę i bezkarność chodzi, nawet kosztem podległości swojej Ojczyzny i podejmowania decyzji i działań, sprzecznych z jej interesem.


Celem tej refleksji, jest namówienie czytelnika do aktywnego poszukiwania odpowiedzi – co tak naprawdę się wydarzyło w końcówce lat 80-tych ubiegłego wieku i jaki jest wpływ tamtych procesów i zdarzeń na to co dzieje się w Polsce aktualnie. Historię „okresu przemian” i działań ówczesnych służb specjalnych opisują dziś głównie osoby identyfikujące się z szeroko pojętym obozem tak zwanej solidarności. Prawdziwi bądź wyimaginowani opozycjoniści, dodający sobie splendoru poprzez opisywanie udziału w działaniach, w których nigdy nie uczestniczyli, albo brali udział w co najwyżej znikomym stopniu.


Gdzie podziali sie prawdziwi agenci?

Zacznijmy więc od tajnego zarządzenia nr 043/90 Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 10 maja 1990 roku w sprawie zaprzestania działalności Służby Bezpieczeństwa. W paragrafie trzecim tego dokumentu, funkcjonariuszom byłej Służby Bezpieczeństwa polecono dokonać analizy przydatności dla potrzeb Urzędu Ochrony państwa pozostających w ich dyspozycji środków pracy operacyjnej (aby nie było żadnej wątpliwości co do definicji środków pracy operacyjnej – były to osobowe źródła informacji, mieszkania i lokale kontaktowe). Wykazy takie należało przekazać za pośrednictwem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, szefowi Urzędu Ochrony Państwa z chwilą jego powołania. Aktywiści Solidarności i NZS ’u znaleźli się w nowych służbach specjalnych. W ten właśnie sposób „koledzy” tajnych współpracowników SB ulokowanych na różnych szczeblach ogniw solidarności, przejęli aktywa służb specjalnych a co za tym idzie także materiały operacyjne.  Najaktywniejsi w zwalczaniu opozycji agenci, zostali przewerbowani do nowych służb. Materiały przewerbowanych agentów dawniej SB oraz WSW, zostały włożone do ich nowych okładek / teczek personalnych/. Współpracując z nowymi służbami nie zostali ujawnieni. Z ciekawością, ale bez jakiegokolwiek zdziwienia, przeczytałem notatkę służbową z dnia 8 czerwca 1992 roku, z gryfem Tajne Specjalnego Znaczenia, podpisaną przez Naczelnika Wydziału Ewidencji Archiwum Delegatury UOP w Gdańsku. Opisuje w niej, brak dokumentacji, która zaginęła w latach 1990 – 1992. W archiwum nie było teczek, nie było również odpowiednich do tych numerów ksiąg inwentarzowych ani protokołów brakowania lub zniszczenia. Po dokumenty te przyjechali z Warszawy pracownicy Gabinetu Ministra Spraw Wewnętrznych i Gabinetu Szefa Urzędu Ochrony Państwa. Piszący notatkę wspomina, że materiały dotyczyły prominentnych osób posiadających numery rejestracyjne w dawnym Biurze „C” MSW w Warszawie. Pierwszy etap transformacji i przepoczwarzania się służb specjalnych, to „czyszczenie kwitów”, bądź przewerbowanie. Oczywiście nie mówimy tutaj o osobach współpracujących już wtedy ze służbami obcymi. Ci ostatni nigdy nie zostali zdekonspirowani, ponieważ stanowili zbyt cenne aktywa dla wszelakich służb obcych, tych ze Wschodu i z Zachodu. Warto w tym miejscu przypomnieć o tajnej akcji CIA „Rosenholz”. Informacje takie ujawniła w 2003 roku szefowa Urzędu Gaucka Marianne Birthler. Na początku 1990 r. CIA przejęło znaczną część archiwów NRD-owskiej służby bezpieczeństwa Stasi.  Amerykanie analizowali je kilka lat, a następnie przekazywali kopię Urzędowi Gaucka. Oczywiście tylko tych, których chcieli ujawnić, bo część z nich co jest oczywiste, została przewerbowana. Czy w przejętych materiałach byli tajni współpracownicy z Polski. Wydaje się to oczywiste. Czy w sprawach operacyjnych, prowadzonych przez Stasi, były materiały kompromitujące i obciążające naszych obywateli. Z całą pewnością tak. Z punktu metodologicznego inny scenariusz nie jest możliwy i przeczyłby zasadzie logiki.


Osoby nie mające nic wspólnego z pracą operacyjną, czy też służbami specjalnymi, nie są zorientowane w mechanizmach kontroli agentów. Tajni współpracownicy bądź osobowe źródła informacji w innych kategoriach, otrzymywali zadania przekazywania informacji na temat osób, a często zajmowlai się ich ” stałą opieką”. Takimi osobami mogli być także inni tajni współpracownicy, lecz o tym ostatnim fakcie źródło realizujące zadanie, nie wiedziało. Jeżeli tajny współpracownik został przewerbowany przez UOP, bądź dokumenty świadczące o jego współpracy zostały „wyczyszczone”, to na podstawie dostępnych w IPN materiałów znajdujących się różnych formach pracy operacyjnej bądź teczkach obiektowych, to taki kontrolowany przez obsługującego oficera tajny współpracownik, może być uznawany za osobę poszkodowaną i rozpracowywaną przez dawne służby. Czy możliwa jest w takiej sytaucji weryfikacja stanu faktycznego? Oczywiście, że nie. Najistotniejsze w kontekście bezpieczeństwa państwa aktywa, zostały ukryte, bezpowrotnie zniszczone lub wykorzystywane jako materiał kompromitujący wspierający np. werbunek. Materiały przetwarzane w IPN, mają wartość makulatury. Chyba, że patrzymy na ich wykorzystanie jedynie z perspektywy bieżącej walki politycznej.


Ta krótka i chaotyczna analiza pokazuje nam, że najefektywniejsze z perspektywy działań ofensywnych osoby współpracujące z dawnymi służbami specjalnymi, pozostały nieuchwytne a część z nich, kształtowała przez kilka dekad znaną nam rzeczywistość społeczno-polityczną. Najniebezpieczniejszymi byli i są ci, którzy zostali zwerbowani, bądź przewerbowani przez służby państw obcych. Także tych, które uważamy dzisiaj za sojuszników. Ponieważ swoimi działaniami i wplywem, realizują obcą agendę.


Warto też dodać, co wydaje się oczywiste zarówno z perspektywy autora jak i osób czytających ten artykuł, że współpracujący z tajnymi obcymi służbami, poprzez przekazywania kompromatów „wyprodukowali” kolejne pokolenie agentury, która ma znaczenie dla swoich mocodawców,tylko wtedy kiedy wchodzi w skład tak zwanych elit III i IV RP i jest częścią procesu decyzyjnego bądź propagandowego.


Gdybyśmy przyjęli, że opisane powyżej fakty są jedynie domniemaniem, dla dobra interesów państwa, należałoby dokonać całkowitego „resetu” klasy politycznej wywodzącej się z okresu transformacji ustrojowej. Jest jednak zgoła inaczej. Od prawie czterech dekad, osoby wywodzące się z tamtego czasu i tamtych układów, decydują o losie Polski. Uwikłani w „historię”, decydują o sojuszach, udziale w konfliktach zbrojnych, polityce wewnętrznej, gospodarce i losach milionów Polaków. Ilu z nich działa w obcym interesie? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale powinniśmy znać mechanizmy powstania tej „rodziny na swoim”.  POPIS’owi bliźniacy, wspólnie z bezideowymi przystawkami, od blisko 40 lat godzą się na podległość, działając w obcym interesie. Urodziłem się na zachodzie wschodu, przez wiele lat żyłem na wschodzie zachodu. Marzę o tym, aby żyć po prostu w Polsce. Czym innym jest współpraca i kooperacja, a czym innym podległość obcym interesom na szkodę swojej Ojczyzny i rodaków.


Przeczytaliście o niektórych źródłach podległości. Możecie się ze mną zgadzać bądź też nie, ale przed kolejnymi wyborami w 2027 roku, będziecie musieli zadecydować – kontynuacja, czy zmiana i próba odzyskania niepodległości.

Mario


Pozdrawiamy. Redakcja BM RP.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *