Pamiętnik Antyterrorysty – część dwudziesta trzecia

By | 14 stycznia 2022

20 sierpnia.

Wychodzi na to, że rozpętaliśmy zarzewie buntu w Firmie. Do awantury o zaległe płatności dołączył się w całości Kryminalny. Zadzwoniłem do papugi i zaprosiłem go na kawę. Jak przyszedł chłopaki i dziewczyny z Kryminalnego w małych grupkach przychodzili do nas i podpisywali pełnomocnictwa. Wcześniej Zastępca przyniósł tabelkę z zaległościami finansowymi i resztę papierzysków. Jak już wszyscy podpisali – wspólnie uzgodniliśmy ten sam tryb, co nasz, to znaczy adwokat przyśle wezwanie przedsądowe z groźbą skierowania sprawy do sadu i poczekamy.

Z głosów, które do nas dotarły – wynika, ze wywołaliśmy nielichą panikę. Dostał to do zaopiniowania Radca Prawny, ale po przeczytaniu uciekł na L-4. Zostali pomagierzy, ale bez uprawnień procesowych. W sumie im się nie dziwię – Radca jest wierny kierownictwu, ale jako prawnik nie może pominąć ewidentnego łamania przepisów ustawowych. Nie wiem czy zaangażowali w to Główną, ale na pewno telefony się grzeją.

Ciekawe jakie jaja będą nam chcieli zrobić. Poczekamy, zobaczymy….

21 sierpnia.

Ale k…ski upał. Na szczęście udało nam się zorganizować przyjemny dzień. Z samego rana przyszedł Zastępca z Kryminalnego razem z szefową szkolenia i przypomnieli mi o obietnicy dokończenia szkolenia strzeleckiego, które nie tak dawano nie doszło do skutku. Obydwoje obiecali, że tym razem z bronią jest w porządku. Szkoleniówa załatwiła nawet autobus, więc zwołałem wszystkich wolnych i pojechaliśmy na poligon.

Kryminalni znaleźli się elegancko, wzięli kilka zgrzewek mineralnej i sporo soków, na dyskretne pytanie w temacie piwa odpowiedziałem negatywnie. Gdzie broń – tam musi być sucho.

Od razu z „Malutkim” i Bacą” zorganizowaliśmy przegląd broni i amunicji. Okazało się, że kryminalnym udało się powymieniać rzęchy na porządne pistolety, niestety mało glocków, ale przynajmniej walthery prezentowały się przyzwoicie. Amunicje też mieli nową. Najgorzej wygląda sytuacja z kaburami. Oni wszyscy noszą broń operacyjnie, kabury służbowe się do tego nie nadają, ani za psem rzuć, więc sobie pokupowali co kto mógł. Niestety większość tych kabur też jest g… warta, ale kilku miało zupełnie przyzwoite. Musieliśmy zrobić wykład na temat parametrów poszczególnych typów kabur, oczywiście demonstrując swoje, też, k…., za prywatne pieniądze, ale przynajmniej doskonałe.

Później kazaliśmy rozładować broń i zaczęliśmy pokazy i naukę techniki instynktownej „na sucho”. Podzieliłem wszystkich na małe grupki, w każdej był nasz i ćwiczenia przebiegały elegancko – oni rzeczywiście się chcieli czegoś nauczyć. Oczywiście robiliśmy przerwy, bo upał jak cholera, a cienia praktycznie nie ma.

Dopiero późnym popołudniem zaczęliśmy ostre strzelanie, oczywiście techniką instynktowną, po dwa naboje. Dopiero wtedy zrozumieli czego ich nie nauczyli po szkołach – ile jest warta dobra kabura i stały trening „na sucho”. Wywaliliśmy dość dużo amunicji, trzeba przyznać, że ludzie zaczęli powolutku kapować o co biega.

Później w kupie rozwaliliśmy się na trawie, przyszedł czas na pogaduszki. Uzgodniliśmy dalszą taktykę nękania Firmy o pieniądze. Okazało się, że Kadrom też zalegają, więc nawet to wojsko „Królowej Jadwigi” zaczyna się stawiać. K…., ciekawe co z tego wyjdzie, w końcu muszą nam wypłacić, tak samo jak innym, ale ktoś za to musi beknąć. Na szczeblu wojewódzkim to nawet wiem kogo zrobią kozłem ofiarnym…..

25 sierpnia.

Ale miałem wczoraj dzionek, nawet nie zdołałem nic napisać, bo wróciliśmy późno w nocy. W poniedziałek nad ranem zadzwonił do mnie do domu Dyżurny, że przyszedł fax z warszawki, ze obaj z Zastępcą ds. Prewencji jesteśmy wzywani do Biura Operacji Antyterrorystycznych. Ki diabeł? Jeszcze ciemno było jak dojechałem do Komendy, akurat kierowca starego wyprowadzał auto, wsiadłem pojechaliśmy po szefa. Szef wk…ny, wcale mu się nie dziwię, ja też nie lubię wcześnie wstawać. Pyta mnie co jest grane, mówię, że nie wiem. Cóż, pojechaliśmy. Przyjechaliśmy na miejsce – poprosili nas do szefa, przyszedł jeszcze jeden starszy rangą i z wielkim brzuchem i od razu wsiedli na nas z mordami, że kompromitujemy całą Policję. Jak zrozumiałem poszło im o ten spicz telewizyjny na temat braku sprzętu. Stary – patrzę – gotuje, tylko mu mięśnie żuchwy chodzą, ale trzyma pysk, więc jak się wyszumieli – wystartowałem z grubej rury. Mówię, że trudno żeby telewizory nie zrobili materiału, jak się jeden z nich utopił, a my go poszukiwaliśmy bosakami. Jak mówię, nie byłem w stanie przedstawić bosaków (i to jeszcze pożyczonych w OSP), jako nowoczesny sprzęt ratowniczy, pozyskany w ramach sławetnego „piątego programu modernizacji policji”. Tu włączył się Dyrektor, ze przecież program jest i działa znakomicie, co wszyscy widzą. Na to ja mówię, że rzeczywiście efekty są, z epoki kamienia łupanego przechodzimy na kamień gładzony i bosaki bojowe. Dalej pojechałem z grubym koksem – mam 5 ludzi przeszkolonych płetwonurków, na tych fachowców miałem 4 komplety do nurkowania, ale wszystko się zaczęło rozsypywać. Moim ludziom udało się z czterech kompletów nadających się na złom zrobić dwa w miarę sprawne, żadne atesty i resursy tego nie dotyczą, więc ludzie ryzykują grubo, wchodząc w tym pod wodę. Napełniania butli nie przeskoczymy – sprężarka rozsypała się kompletnie i już nie ma najmniejszej szansy, żeby ją naprawić. Pianki się rozsypują, chłopaki je kleją albo zszywają dratwą, maski ciekną, tylko płetwy są w jakim takim stanie. Ponton dziurawy, wiele razy klejony. Silnik doczepny padł kilka lat temu. To nie są nasze fanaberie, czy hobby, chłopaki uczestniczą w wielu akcjach ratowniczych, poszukiwaniu przedmiotów pod wodą itp. Nie tak dawno 8 godzin szukali przy stopniu wodnym w brudnej wodzie pistoletu, który wyrzucił zabójca mafijny. Znaleźli, gość zainkasował dożywocie. Innym razem szukali w jeziorze portek, które zgubił inny złodziej, który przepływając jezioro po zabójstwie chciał w ten sposób zmylić psy. Portki się znalazły, gość dostał 25 wiosen. Nikt nie może mieć do nas pretensji, że dziennikarze coś na ten temat powiedzieli, bo widzieli naszą nędzę na własne i kamer oczy. Teren otwarty, wszystkim wolno tam wejść.

Jakem tak gaworzył – widzę, że tamtym się oczy coraz większe robią, więc szef też zaskoczył i wsiadł na stolycę aż słuchać było miło. Takie pogaduszki trwały parę godzin. W końcu kazali zrobić zestawienie wszystkiego, czego potrzebujemy ze sprzętu i przysłać. No tom poszedł dalej i mówię, że w innym sprzęcie też braki, najbardziej potrzebne są kamizeli kuloodporne itd. Łaskawie kazali i to dopisać.

Wróciliśmy ze starym późno w nocy, ale chyba pozytywnie.

Dzisiaj kazałem sporządzić porządne zestawienie wszelkiego sprzętu, jakiego nam brakuje, czy który się nadaje do wymiany. Powstała spora lista, którą przepisało się na czysto i zaniosło do starego, żeby podpisał.

Najgorzej, że w przyszłym tygodniu sąd wznawia proces „wędliniarni”, więc znowu będziemy okupować codziennie sądy. Ażeby to szlag trafił.

Pewnie to wszystko nic nie da, ale przynajmniej mamy jakąś nadzieję, w Komendzie to nawet tego nie mieliśmy.

26 sierpnia.

Nadeszły dzisiaj nowe przepisy, oczywiście „do zapoznania i wykonania” z KGP. Otóż sprawa dotyczy dostarczenia policjantom nowych sortów mundurowych, stanowiących uzupełnienie sortów wcześniej wydanych. Każdy policjant, bez względu na stopień i zajmowane stanowisko ma otrzymać gaśnicę samochodową, proszkową 1 szt. oraz sznurek konopny o długości 1 m. Sznurek ma służyć jako tymczasowa kabura do noszenia rzeczonej gaśnicy na pętli na szyi. „Po rozstrzygnięciu przetargu na kabury – sznurek w ilości 1 mb. podlega zwrotowi” – głosiło zarządzenie.

O co tu, k…, chodzi? Zaczęliśmy się zastanawiać, nic nam z tego nie wyszło, więc poszedłem do bufetu na II śniadanie. Tam spotkałem kumpla z KGP, który przyjechał do nas – oczywiście na kontrolę – i opowiedział mi o co chodzi. Otóż bowiem kilka lat temu zaczęli gliniarzom wydawać nowe umundurowanie – wynik konkursów i przetargów zarządzonych przez KGP. Z tymi mundurami wyszła spora chujnia. Najpierw gliniarzom wydali jedną koszulę na dwóch, z założeniem, że ludzie będą się zmieniać między jedną a drugą zmianą. Nieuświadomieni politycznie policjanci to zakwestionowali, że nie będą nosić brudnych łachów po kolegach, a w dodatku okazało się, że znakomite, ekologiczne materiały są absolutnie nieprzepuszczalne, dzięki czemu człowiek w tych sortach czuł się mniej więcej tak, jakby włożył na siebie plastikową reklamówkę. Spocony jak, k…., mysza, delikatnie mówiąc śmierdział, co policjantom zaczęło przeszkadzać – zaczęły się przecieki do prasy, rozdarli mordy na Internetowym Forum Policyjnym, słowem awantura. Wszystko przez to, że od lat przyjmowali do policji tylko, k…, absolwentów wyższych uczelni, najchętniej filozofów, to taki posadzony na radiowóz albo mierzący krawężniki z buta to zaczął, k…, myśleć i upominać się o takie tam zasady BHP, prawa, k… człowieka itp. Dostali nowiutkie mundurki, prosto z igły, owoc koncepcji i inicjatywy całych pokoleń kagiepistów i im, k…., zaczęły śmierdzieć, Niech, k…, nie wąchają. W końcu gliniarz nie perfuma, ani kurczak w markecie, wąchać go nie trzeba.

Jakiś czas później odkryto nową właściwość tym razem spodni mundurowych. Zaczęło się od tego, że w lecie wydali sorty zimowe, zwyczajnie, zgodnie z pomyślunkiem KGP, dzięki czemu gliniarzom jaja się zaczęli gotować i spływać do też, k…., zimowych butów. Jeden gliniarz, to akurat prawda, bo z naszego miasta, jak siedział w radiowozie i palił, to mu żar z peta spadł na spodnie, które spłonęły w ułamku sekundy i poparzyły go w nogi. Został tylko w majtkach i zimowych butach. Przy okazji nadpalił mu się notatnik, który miał w bocznej kieszeni spodni. Wezwali pomoc przez radio, przyjechał inspekcyjny i wystawił gliniarza do ukarania „za nieregulaminowy mundur”. Chłopakowi wszczęto postępowanie dyscyplinarne i oczywiście przywalono pajdę. Odwołał się do KWP i powołał sobie znajomego oficera z dochodzeniówki na obrońcę. Obrońcę BSW aresztował, bo oni mają takiego dyżurnego świra, który im zawsze do protokołu zezna, co chcą, albo co jest potrzebne, tym razem zeznał, ze chodziło o molestowanie, k…., seksualne. W II instancji pogorzelec dostał wyższą pajdę, co mu się słusznie należało, bo się odważył odwołać, a w dodatku postępowanie dyscyplinarne II instancji niezbicie wykazało „niedbałość o notatnik służbowy”, oczywiście ten, k…, nadpalony. W dodatku kazali mu zwrócić 2500 zł za zniszczone spodnie (bo z odsetkami). Facet się odwołał do NSA, który uwalił rozstrzygnięcia i kazał rozpoznać sprawę jeszcze raz. W tym samym czasie gościowi tak dawali w d…, że uciekł na L-4 z numerkiem 300. Wtedy posłali go na komisję, która orzekła, że jest niezdolny do służby – czysty świr. No to gość zażądał orzeczenia, że schorzenie nastąpiło w związku ze służbą i renty. Na zmianę to wygrywał, to przegrywał, aż w końcu posłał sprawę do Strasburga. Minęło z pięć latek i Trybunał orzekł w stosunku do facia kolosalne odszkodowanie i to w euro. Tu gość poszedł na fali i skarżył firmę do sądu pracy – orzekli o przywróceniu do służby i zapłaceniu za cały czas nieobecności. Równocześnie Sąd nakazał KGP poprawić warunki BHP w temacie wprowadzenia niepalnych portek. Z kolei inny sąd, tym razem cywilny zasądził na rzecz (znowu) gliniarza straszne odszkodowanie za „wypadek przy pracy”, w postaci poparzonych nóg i nadpieczonego fajfusa.

Tu KGP stanęła przed strasznym dylematem. Po pierwsze okazało się, że przetargu na podżegawcze portki nie da się unieważnić, z powodu przepisów prawa rodzinnego. Mianowicie właścicielką firmy, która wygrała przetarg była kuzynką jednego z dyrektorów Biur KGP. Baba miała zarejestrowaną firmę, spółkę z o.o, przepraszam „limited” z kolosalnym kapitałem założycielskim $ 100 na Bahamach, siedziba firmy była w San Marino, a zakłady produkcyjne w nowoczesnych halach fabrycznych z bambusa w Bangladeszu, gdzie na nowoczesnym parku maszynowym 12 letnie dzieci szyły te, k…., łatwopalne portki. Właścicielka firmy miała stały adres w Andorze, przy ul. Poste Restante 7, więc wszystkie wezwania przychodziły z adnotacją „nie podjęto w terminie”. Z tymi dziećmi w Bangladeszu też była afera, bo zwiedziała się o tym Akcja Humanitarna, która zebrała kilka melonów składek, kupiła kontener gumy do żucia, a za resztę zorganizowała konwój humanitarny – ponad 100 osób w klimatyzowanych kamperach oraz traktor wiozący przyczepę z tym kontenerem gumy do żucia.

Jak się KGP nie udało unieważnić przetargu na łatwopalne portki, a wyrok sądowy to nie psiniec, więc kupili 100 tys. tych gaśnic, w ramach indywidualnych osłon BHP p.poż., oczywiście w drodze przetargu, wygranego bez cienia wątpliwości przez firmę żony wiceministra. Gorzej poszło z kaburami do tych gaśnic, bo oferty najlepsze pochodziły od firm doskonale skoligaconych z aktualnym areopagiem kierowniczym, więc do czasu rozstrzygnięcia zastosowano sznurek.

Proste, prawda?

27 sierpnia.

No i znowu wybuchła afera, mam nadzieje, że uda nam się z niej wymiksować. Zaczęło się od tego, że koło 10-tej zadzwonił Dyżurny, że na zalewie pod miastem znaleziono zwłoki, prawdopodobnie tego telewizora, który się kilka dni temu utopił, trzeba truposza wydobyć. Mówię, że nie mam płetwonurków, bo sprzęt padł, ale Dyżurny błagał, żebyśmy zrobili co możemy. No to pojechaliśmy. Na miejscu już był Kryminalny i Dochodzeniówka, a co najgorsze na razie jedna ekipa telewizyjna. Jakem ich zobaczył, chciałem zawrócić, ale mówi się trudno, podjechaliśmy. Facio z Kryminalnego mówi, że trupek jest mniej więcej na środku jeziora pod wodą, zaczepiony o jakieś resztki maszyny budowlanej, która jest na dnie. Faktycznie zalew powstał na miejscu starej żwirowni i podobno na dnie jest tam trochę różnych maszyn i sprzętu budowlanego. Trupa znaleźli jacyś płetwonurkowie – amatorzy, ale nie odważyli się wydobyć. Zabrali się zresztą przed naszym przyjazdem – tyle, ze zadzwonili na 112 i, k…, do telewizji.

Co, k…, robić, szpeja do nurkowania nie mamy, trup za głęboko żeby go sięgnąć bosakiem. Wtedy „Foka” mówi, że podejmie się zejść pod wodę na zatrzymanym oddechu, że zna to miejsce, nie jest tam głębiej jak 3 m. więc spróbuje coś zrobić. Jak, k…, puścić człowieka pod wodę bez aqualungu? Ale cośmy mieli robić. Trzech chłopaków wlazło w pianki, założyli maski i płetwy. Inni w tym czasie nadmuchali ponton, wsiedliśmy całą grupką i popłynęliśmy. Kazałem „Foce” opasać się linką asekuracyjną, drugą wziąć w rękę, chłopaki byli gotowi, by w razie potrzeby zaraz skoczyć – jazda. „Foka” parę razy wciągnął i wydmuchał powietrze, mówi, że gotów – skok. Po długiej chwili się wynurzył, mówi, że zwłoka jest, zaczepiona nogą o stary transporter. Jakby kto wspólnie drania pociągnął to powinien się uwolnić. Skoczył „Rudy”, obaj z „Foką” poszli pod wodę, wynurzyli się po jakiejś półtorej minuty, sami, ale po chwili trupek wypłynął – udało się go uwolnić, to już dalej sam sobie poradził. Przywiązaliśmy zwłokę za nogę do linki i płyniemy na brzeg. Osiedliśmy na plaży – wtedy rzuciła się na nas horda telewizorów, bo w międzyczasie przyjechały następne ekipy. Kazałem im sp…ć, wylazłem do samochodu i zadzwoniłem po Rzecznika, żeby nas, k…., ratował. Po pół godzinie przyjechał Rzecznik komendanckim autem na „bombie”. Mówię mu, żeby nam zdjął z pleców ten telewizyjny bandziaj – to wydobędziemy umrzyka. Sam już się wytarłem i włożyłem mundur, na wszelki wypadek kominiarkę. Telewizory zajęły się filmowaniem naszego połatanego pontonu, akurat, k…, widać, bo ponton czarny, ale łatki, k…., różowe. Napadli na mnie, żebym powiedział gdzie jest sprzęt do nurkowania – pokazałem tylko na Rzecznika i położyłem łapę na kolbie glocka.

Rzecznik ich kawałek odciągnął – zaczął przemawiać. Skupiły się na nim kamery i nic dziwnego, bo był w pełnym nowoczesnym umundurowaniu, to znaczy z gaśnicą na sznurku na szyi. Oczywiście kamery skupiły się na tej gaśnicy, ale pytają o kryzys w Policji. Tu Rzecznik się znalazł jak człowiek, mówi, że o żadnym kryzysie nawet mowy nie ma, dwa dni temu powiedział to w telewizji sam rzecznik Komendanta Głównego, w każdym razie w naszym województwie oznak kryzysu nie ma. Ktoś zadał pytanie o nowe mundury, że podobno są łatwopalne i po co ta gaśnica. Rzecznik godnie odparł, że gaśnica jest nowym elementem indywidualnych osłon BHP, a mundury są znakomite i charakteryzują się wyjątkowo wysoką jakością. Akurat jak to mówił – odkleiły mu się dwie plakietki z napisem „Policja” i upadły na ziemię.

Korzystając z tego, że telewizory były zajęte znęcaniem się nad Rzecznikiem – chłopaki szybciuteńko wywlokły zwłokę na plaże, oddali dochodzeniówce, spakowaliśmy się tak szybko jak tylko dało się spuścić powietrze z pontonu i jazda. Odjeżdżając widziałem tylko jak do Rzecznika zbliżają się dwie kolejne ekipy telewizyjne, radiowcy i fotoreporterzy. Dawno tak szybko nie sp….śmy jak stamtąd……

Po powrocie nawet się już nie pytałem co było dalej…

[cdn…] podinsp. w stanie spoczynku Adam M. Rapicki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *